9 pierwszych piątków miesiąca - to wcale nie takie łatwe

Na pewno osoby zorientowane w temacie wiedzą, że dzieci po I Komunii św. odprawiają 9 pierwszych piątków miesiąca, tzn. w kolejnych 9 pierwszych piątków muszą być u komunii świętej, bo było objawienie, bodajże św. Małgorzacie, że kto odprawi 9 pierwszych piątków ten będzie miał przed śmiercią możliwość pojednania się z Bogiem.
Rzecz w tym, że ja nie pamiętam i nie jestem pewna czy na pewno te 9 pierwszych piątków odprawiłam w dzieciństwie. Wiem, że w Laskach na msze pierwszopiątkowe chodziło się na pewno, ale nieraz były wyjazdy do domu, a może byłam chora, nie pamiętam i różnie to mogło być.
Dlatego w życiu dorosłym, że tak powiem postanowiłam te 9 piątków odprawić, no i klops wyobraźcie sobie, to wcale nie takie łatwe, a nawet powiedziałabym, że trudne. Raz już miałam 8 ale pojechaliśmy z bratem do Szwecji i w dziewiąty pierwszy piątek nie było jak pójść do kościoła. Później znowu chyba na piąty gdzieś wyjechałam i też przepadło. Może to moja wina, bo nie potrafię w nieznanym sobie miejscu wybrać się na poszukiwanie kościoła, albo upominać się u osób, u których akurat jestem, żeby mnie zaprowadziły, jeśli widzę, że mają inne zajęcia. Dość, że drugi raz też nie wyszło. Trzeci raz byłam chora, a czwarty, tzn. w tym roku też już miałam 8 piątków a na dziewiąty nie poszłam, bo głupio mi było się upominać.
Dlaczego o tym piszę dziś akurat, a no dlatego, że za chwilę zacznie się kolejny pierwszy piątek miesiąca, drugi już, bo w sierpniu podjęłam kolejną próbę. Ciekawe, czy tym razem mi się uda.
Na koniec powiem Wam tylko, że póki się do tego nie zabrałam, nie przypuszczałam, że to może być aż tak trudne.

Rachu-ciachu i po strachu

Witajcie,
Deszcz leje bez przerwy już okrągłe dwie doby. Byliśmy dziś w mieście i okazało się, że ulicami płyną rzeki, do tego nie ma gdzie samochodów parkować i są korki, czyli same przyjemności *smile*
A w mieście byliśmy po to, że ja i wujek mieliśmy umówiony przegląd u pani “wyrwiząb”. Ząb mnie bolał przy zmianie temperatur i smaków, więc byłam przekonana, że będzie w nim dziura i to wielka jak krater wulkanu. Jednak wyobraźcie sobie, nic z tych rzeczy. Ząbek był tylko do zalakierowania, bo, jak się wyraziła pani fachowiec, jego szyjka była odsłonięta i to bolało. Zalakierowała, wysuszyła i po wszystkim. Bardzo się cieszę, że poszłam, bo tak to by mnie to dręczyło i cały czas bym o tym myślała, że o bólu nie wspomnę *smile*
Pogoda jest taka, że niemal zasypiam, ale cóż. Dzieci zaczęły rok szkolny, ale na razie jeszcze mają luzy. A ja, jak troszkę mi senność minie, mam szczery zamiar powrócić do tłumaczenia. Oby się udało bo na razie mam oczy na zapałkach *smile*

Dentysta sadysta mnie czeka i inne takie

Właściwie średnio od wczoraj poprawił mi się humor, więc miałam nie pisać, ale jednak jakiś ślad tego dnia niech zostanie. Czytałam na blogu koleżanki, że była u dentysty no i niestety ja też muszę pójść, na przegląd wprawdzie, ale tym razem mam złe przeczucie, że jeden ząb nie jest zdrowy ani w ząb *smile* i trzeba będzie go leczyć. No nic, pożyjemy, zobaczymy. Mam nadzieję, że uda mi się jakoś do tego dentysty zebrać, bo ostatnio jestem dość nie pozbierana.
Na szczęście jednak tłumaczenie “Błękitnego zamku wciąga mnie i już zaczynam rozdział XV”, a to uważam, że nieźle.
Z Krakowa na temat studiów na razie wiadomości brak. O terminie rozmowy kwalifikacyjnej mają mailowo powiadomić, ale zajrzę zaraz do netu, może jest lista odrzuconych czy tych, kogo będą wzywać na rozmowę. Zobaczymy.

Pogorszenie pogody i nastroju

Choć nie idę do szkoły i z wakacjami nie kończy mi się swoboda czy jakaś laba, to jednak dziwny smutek mnie opanował. Pogoda bardziej podobna do jesieni niż do lata, chłodno, słońca mało, deszcz co chwila pada, a poza tym tak ogólnie smutno mi i tyle. Bynajmniej wizyta koleżanki nie ma z tym nic wspólnego. Były to bardzo fajne i miłe chwile, choć krótkie.

Odwiedziny koleżanki ze studiów

Wczoraj koło południa przyjechała do mnie koleżanka ze studiów, czy raczej z akademika, należałoby powiedzieć. Tak się składa, że znamy się już 15 lat, ja byłam u niej w Lublinie wielokrotnie, a ona u mnie nigdy. Przyjechała więc z mężem i dwoma sympatycznymi synkami: 5-letnim Michałkiem i 2-letnim Mateuszkiem. Było przemiło, ale powiem od razu, że nie miałyśmy zbyt wiele czasu na tzw. babskie pogaduchy, bo albo mały Mateuszek skutecznie to uniemożliwiał, albo znowu Michałek, który koniecznie, ale to koniecznie chciał się bawić z ciocią Asią. Fajny chłopczyk i miło się z nim bawiło tylko on zawsze chciał w innym pokoju niż akurat była mama. No cóż, tak to bywa, ciotostwo zobowiązuje *smile*
Nie mógł ten mały zrozumieć, że nie widzę. Mówił tak, cytuję dosłownie i fonetycznie:
-Ciocia, ja nie wieze, ze ty nie widzis.
-A dlaczego nie wierzysz - pytam
-Bo ty mas ocka. Jakbyś ocek nie miała to bym wiezył, ze nie widzis.
-Ale ja mam Michałku takie oczka, które są chore i nie widzą.
-To musis ciocia iść do okulisty, on Cie wylecy i wyzdrowiejes.
-Ale ja byłam i nie wyzdrowiałam.
-No to musis iść jesce. Musis codziennie chodzić.
I tak w kółeczko. Ale też próbował mi coś pomagać, łapiąc mnie za rękę, kiedy gdzieś szłam.
Ten weekend upłynął pod znakiem ciast, bo koleżanka przywiozła superowy sernik z brzoskwiniami, my z mamą upiekłyśmy biszkopt (też z brzoskwiniami he he), a jeszcze mama upiekła murzynka, że już o innych, niesłodkich specjałach, jak sałatka jarzynowa, nie wspomnę. Po takim obżarstwie i wyjeździe koleżeństwa poszłam z wujkiem na długi marszowy spacer, a potem błogosławiłam rowerek treningowy *smile*

Otwarcie szkoły językowej

W piątkowy wieczór miałam niewątpliwą przyjemność uczestniczyć w imprezie otwarcia szkoły językowej. Otwierał ją mój kuzyn ze swoim kolegą Anglikiem. Było pół oficjalnie, pół na wesoło. Wstęga do przecięcia, a jakże, przemówienia, a jakże, ale to wygłaszane przez Anglika pojawiło się dla publiki polskiej w tłumaczeniu wesoło wolnym czy też wolno wesołym. Później był symboliczny łyk szampana i torcik, pyszny, z bitą śmietaną i jeszcze jakiś drugi z galaretką, którego nie próbowałam. A torciki tym lepsze, że nie pieczone z cukierni tylko przez jedną z ciotek wspomnianego kuzyna. Napisałam, że próbowałam tylko jednego tortu. Miałam spróbować drugiego, bo jak szaleć, to szaleć, ale nie spróbowałam, a było to tak. Nie miałam już ochoty na całą porcję, więc wzięłyśmy z mamą jedną, żeby na pół spróbować. Powiedziałam wtedy mamie, żeby jadła pierwsza, bo ja to bardziej porozwalam po talerzyku. Tak się też stało, mamuśka zabrała się do jedzenia, a że w międzyczasie gadała z mamą kuzyna, dawno niewidzianą zresztą, to i zjadła tenże kawałek tortu w całości *smile* Śmiałyśmy się obie setnie z tego przeoczenia.

Brzoskwinie! brzoskwinie! brzoskwinie!

Dziś moi wujostwo byli u brata cioci, który to brat jest rolnikiem nastawionym na uprawę owoców różnych. Ma na przykład truskawki, o których tu pisałam we wpisie “truskawkowa sobota”. Pyszne są te truskawki i nie mogłam się im oprzeć.
Na moje nieszczęście łakomczucha *smile* ten brat cioci ma jeszcze brzoskwinie i w tym roku udały się dorodnie. Są niektóre tak duże, że nie mieszczą się w mojej garści, a nie mam rączek małych zgrabnych i powabnych *smile* Może nie są te brzoskwinie tak słodkie, jak jakieś zagraniczne, ale mają mnóstwo soku i są przepyszne, a dodatkowo do nieopanowanej konsumpcji zachęca fakt, że psują się niesamowicie szybko i nawet od leżenia jedna na drugiej puszczają sok.
Dlatego z dużym zapałem zabrałam się do dzieła zniszczenia. Aż mi kwaśno w żołądku, ale co tam. Jutro pewnie podzielimy się z moją cioteczną siostrą, a poza tym, jeszcze mamy zamiar upiec placek, taki biszkopt z oliwą i wrzucanymi do środka brzoskwiniami. Będzie pyszny, bo kiedyś mama już robiła z brzoskwiniami, a z truskawkami i innymi owocami robi co roku.
Mniam. mniam mniam. I tym zachwyconym mlaśnięciem zakończę ten wpis.

Stare komedie zawsze dobre

Witajcie w kolejny ładny, słoneczny, choć wietrzny dzień.
Ostatnio dostałam dwa dobre stare poczciwe filmy, które oglądałam już wiele razy, tzn. “Kogel-mogel” i “Galimatias”. Miałam zobaczyć tylko czy będą się ładnie odtwarzać, a tymczasem pierwszy z nich wciągnął mnie niesamowicie i teraz siedzę i śmieję się od ucha do ucha, pisząc w międzyczasie ten wpis.
Dzień dziś zaczęłąm wcześnie, bo na 7 rano poszłam do kościoła z powodu święta Matki Bożej Częstochowskiej. Trochę nie chciało mi się wstać, ale jak wstałam to już było fajnie i miły spacerek w rzeźkim porannym powietrzu.
Dopiero pisałam o ładnej pogodzie, a tymczasem słyszę szum deszczu za oknem. Pogoda zmienną jest *smile*

Silny wiatr, ból głowy, tłumaczenie i różne takie

Dziś u nas pogoda jest piękna, tzn. słoneczna, ale z naprawdę silnym wiatrem. Poczułam to szczególnie, jadąc na rowerze. Trzeba było się z bluzą przeprosić, jak to u nas mówią.
Nie wiem o co chodzi, czy to ta pogoda, czy co, ale bardzo mnie boli głowa, aż ciężko się do czegokolwiek zabrać. Jednak mimo wszystko coś mi się udało przetłumaczyć i jestem już w XI rozdziale “Błękitnego zamku”. To jest tak, że książka wciąga i dalej ją tłumaczę, bo chcę posuwać się dalej w akcji. Ciekawa jestem jaki będzie końcowy efekt tej pracy, bo mam nadzieję, że wystarczy mi motywacji, czasu i sił, żeby dobrnąć do końca.

O wyprawie na Bornholm

Już któryś raz z rzędu zabieram się do opisania tej pięknej, ciekawej, choć niełatwej wyprawy, ale zawsze coś mi przeszkadza. Mam nadzieję, że tym razem wreszcie uda mi się podzielić wrażeniami.
Na Bornholm popłynęliśmy z Kołobrzegu, do którego z Mielna jest ok 40km. Ponieważ na statku mieliśmy być najpóźniej o 6:30, wyjechaliśmy z Mielna po 5 rano. Statek wypłynął planowo, czyli o 7:00. Z początku nic nie zapowiadało atrakcji, ale później zaczęło huśtać i to dość konkretnie. Na szczęście śniadanie zjadłam dużo wcześniej, a później na statku nie jadłam już nic, więc atrakcji nie było, ale moja mama i ciocia czuły się kiepsko. Chodzenie po statku też było ciekawą przygodą, ale zakończyło się bez strat. Dopłynęliśmy chyba na 11:45 i pojechaliśmy na objazd wyspy autokarem. Wycieczka była piękna, bo i wyspa piękna, czysta, schludna i zadbana. Do tego towarzyszyło nam wspaniałe słońce, co prawda podszyte dość silnym wiatrem, ale zawsze słońce. Były trzy postoje, żeby coś tam zwiedzić, nie za wiele, bo czasu nie było, ale zawsze. Byliśmy np. w rotundowym kościele protestanckim. Przewodnik jednak ciekawie opowiadał i to było najważniejsze dla mnie.
Gdy około godziny 17:00 znaleźliśmy się z powrotem w porcie, żeby wejść na statek, zaczęły się schody. Zaczęto nas straszyć, że nie wypłyniemy planowo o 18:00, tylko będziemy czekać do 20:00 do następnego komunikatu meteo, a potem to nie wiadomo co będzie. Trochę nas przeraziły te godziny siedzenia na statku, ale cóż robić.
Jednak okazało się, że wypłynęliśmy chyba o 18:05, ale huśtało jeszcze bardziej niż w tamtą stronę. Było wiele dużych przechyłów, ale dwa były takie, że zaczęłam się bać, a otwarte drzwi od pomieszczenia zamknęły się z takim hukiem, że gdyby ktoś w tym czasie trzymał się futryny, to musiałby szukać palców chyba na ziemi. Na szczęście jednak nic takiego się nie stało.
Ogólnie wyprawę uważam za bardzo udaną i ciekawą, a nawet te wrażenia sztormowe mi się podobały, choć czułam się nieco skołowana.

Następna strona »