Chodziłam na rekolekcje do Dominikanów

Znów wypadałoby się tłumaczyć, że nie pisałam bardzo długo. Nawet Bryś już mnie ubiegł i napisał o swoim domowym geniuszu.
Ja tłumaczyć się jednak nie będę, tylko powiem krótko: praca i rekolekcje u Dominikanów na Służewie. Kto zna Warszawę to wie, że z Woli na Służew żadnym beretem nie dorzuci i dojazd koło godziny zajmuje. Z Ochoty, tj. miejsca mojej pracy niby nieco bliżej, ale też nie za blisko.
To właśnie z rekolekcji wracałam, kiedy brylantowy geniusz zabłysnął w całej pełni.
Jutro ostatni dzień pracy i weekend, uff, jak się cieszę. Cóż, albo za dużo mam do zrobienia w życiu, albo się starzeję, bo autentycznie zmęczona jestem…
A wracając do rekolekcji to podobały mi się, choć nie wiem czy na przyszłość nie zdecyduję się jednak na swoje parafialne rekolekcje ze względów logistycznych.
To na razie tyle, bo wieczorna herbatka stygnie, a coś mi przyszło do głowy, żeby napisać…

Kilka ostatnich wieści

Dość dawno się nie odzywałam, ale w międzyczasie zdążyłam już wrócić nie tylko z rehabilitacji do domu rodziców, ale też do swojego domu, a wczoraj to już nawet w pracy byłam :)
Mam już także swoje kochane czworonożne szczęście, co mnie bardzo cieszy.
Dziś urządziłam sobie spokojną, ulgową sobotę. Po południu być może spotkamy się z kilkoma osobami z mojej klasy z podstawówki.
Żałuję tylko, bo dziś mój chrześniak Wiktor ma bierzmowanie. Nie pojechałam, bo trudno tak w kółko jeździć, gdy dopiero w czwartek do Wawy przyjechałam, ale jakoś mi z tym dziwnie, że mnie tam nie ma, zwłaszcza na Mszy, bo późniejszego rodzinnego spotkania już aż tak nie żałuję.
No cóż, pomodlę się za niego tutaj.

Sanatoryjne smaczki

To zabawne, jak od razu widać, że dla niektórych osób obecnych tutaj, tj. w sanatorium, leczenie jest ostatnim, no może jednym z ostatnich celów, a w każdym razie na pewno nie najważniejszym.
Dowodzą tego zasłyszane dialogi, umawiania się na imprezy, czy stwierdzenia typu: “Tu jest dobrze, wszystko jest na miejscu i dancing i kawiarnia…”
Na przykład jeden mocno starszy gość chciał się “zaprzyjaźnić” (tak to ujął) z pewną panią, również w leciech, ale ta pani przyjechała tu na leczenie i “przyjaźnią” była przerażona. Wiem o tym, bo nam opowiedziała i od tej pory zagaduje do nas, a my do niej, gdy się spotkamy. Powiedziała nawet, że ten pan w przystępie przyjacielskich uczuć jakoś ją złapał za głowę, nie wiem jak, ale złapał…
Ja ją nawet na własny użytek nazwałam pani przyjaciółka. Natomiast pan, który się z nią chciał zaprzyjaźnić, nazwany przez nas “miłośnikiem”, chyba usłyszał, że ona nam opowiedziała o jego propozycjach i już na nasz widok ucieka.
Była też pewna pani nazwana przeze mnie panią niemiłą, bo gdy wsiadłam do oznaczonej brajlem windy, dosłownie zrzuciła mi rękę z panelu przycisków w świętym oburzeniu, że ja w ogóle cokolwiek chcę wciskać jak już dwójka wciśnięta. Tylko, że mi o tym nikt nie powiedział.
Ech… Te sanatoryjne smaczki!

O przeszkadzaniu w kościele

Po dzisiejszej Mszy świętej dla dzieci, na której byłam, nie mogę się oprzeć pewnej refleksji.
Oczywiście, za dobre i mądre uważam to, że rodzice przychodzą z małymi dziećmi do kościoła. Wiadomo, dzieci mają swoje prawa: jeszcze nie wiedzą, nie rozumieją, coś do siebie gadają po swojemu, krzyczą, starsze biegają, itd. itp. Wiadomo, że taki całkiem mały maluszek nie zrozumie jak mu rodzic zwróci uwagę, żeby był cicho, ale taki starszy, zwłaszcza urządzający biegi, mógłby już się pohamować. Niestety, niektórzy rodzice zupełnie nie próbują przekazać dzieciom, jakie to miejsce i jak się trzeba zachować.
Nie do tego zmierzam jednak. Chodzi mi o to, że ludziom nie przeszkadzają dzieci, które zakłócają ciszę w kościele (i to dobrze), bo dobrze, żeby dzieci do kościoła przychodziły,a przeszkadzają im zupełnie grzeczne i spokojne psiaki przewodniki leżące sobie przy właścicielu.
Wiem, że może się nie mieścić w głowie fakt przyprowadzania psa do kościoła, ale warto pomyśleć, że to jest pomoc, a nie psiak przyprowadzony dla przyjemności. Powoli się to zmienia na lepsze, ale powoli. Mnie już rzadko kto zwraca uwagę, próbując mnie wyrzucić z psem z kościoła, ale jeszcze widzę, że to dla ludzi nie do pojęcia.
Dlaczego akurat dziś o tym piszę? Nie byłam w kościele z psem, bo byłam z rodzicami, ale jak jestem w Warszawie, to zawsze z psem. Za to, pewna mała, bardzo sympatyczna dziewczynka, biegała po ławce, śmiała się, zaczepiała nas, itd. Dziecko ma swoje prawa oczywiście, ale nie sposób się w takiej chwili nie zastanowić.

Blaski i cienie pracy na moim domowym komputerze

Wiecie już, że pracuję nad filozofią… Uf, trudne to, a jeśli trudne, to wynajduje sobie człek coraz to nowe preteksty, że może nie teraz, a może za wcześnie, a może za późno, a może jest nie taka pogoda, itd. itp. Dodatkowym powodem niechęci do pracy jest fakt, że mój komputer stacjonarny w domu rodziców, gdzie jestem na dwudniowej przepustce z sanatorium, muli się straszliwie. Dokładnie mówiąc, to nie muli się cały komputer, tylko przy pracy w wordzie. Bez gadaczy jest ok, ale z gadaczem, którymkolwiek, to… Zwątpić można… Moje podejrzenie jest takie, że głównym zamulaczem jest (bodajże karta graficzna) firmy AMD. W pracy z tą kartą miałam podobne zjawisko, a teraz w nowym pracowym kompie niczego takiego nie mam i z gadaczami sprzęt nie zamula. Chociaż powiem Wam, że worda 2010 którego mam w pracy nie znoszę z całej duszy, a konkretnie to nie znoszę wstążek, bo wciąż jeszcze nie umiem się w nich połapać.
Jednak spróbuję coś jeszcze zrobić z pracy, ale pewnie już niewiele, bo jutro pobudka o 04:30 rano, bo przed szóstą trzeba wyjechać do sanatorium…

Wracam na klango - na razie eksperymentalnie

Witajcie po bardzo długiej przerwie.
Czasem tu zaglądam i widzę w komentarzach, że jest całkiem spore grono osób, które chcą czytać mojego bloga na klango, a nie ma sposobu, żeby tą drogą czytać nowego. Dlatego pomyślałam, że spróbuję zamieszczać wpisy na obu blogach. Są jednak dwie sprawy:
1. Nie wiem czy klango będzie działać na mobilnym dostępie do netu, bo tylko taki mam w Wawie.
2. Czy ogarnę wrzucanie wpisów na oba blogi. Będę się starać, ale czasem zamiary sobie, a praktyka sobie.
Póki co, wracam do pracy, bo jak pamiętacie, miewam tłumaczenia z filozofii i właśnie takowe mmi się przygodziło.
Mam nadzieję, do szybkiego kolejnego wpisu i trzymajcie kciuki, żebym wytrwała.

Ponownie zapraszam na mój nowy blog

Widzę, że coś tu się wciąż dzieje, choć tego bloga nie prowadzę od niemal dwóch lat. Zapraszam zatem na nowy: http://skrytkawitka.wordpress.com

Uwaga! Ważna informacja!

Witajcie,
Informuję wszystkich moich miłych czytelników, że odtąd tzn. od dziś, mam nowego bloga pod adresem http://skrytkawitka.wordpress.com

Niestety nie dało się, przynajmniej na razie przenieść wpisów z tego bloga, więc nowy będzie kontynuacją, choć niektóre rzeczy pewnie zmienię.
Zapraszam serdecznie.

Dziś wracam do domu

Witajcie,
Pogoda w Krynicy Górskiej się popsuła. Chłodno to już było, więc tego nie liczę, ale jeszcze teraz jest mokro i mrzawka pada.
Zaraz zwijam komputer, bo już inne bagaże zapakowane. Wiele ich na szczęście nie miałam, ale zawsze coś.
Teraz przyjdzie na mnie czas ciekawy, a trudny, ale będę o tym informować na bieżąco.
Póki co kończę, z lekkim smuteczkiem, bo zostałam zaatakowana niesłusznie za coś, o czym nie decyduję, nie decydowałam i decydować nie będę pewnie. Niestety, dałam się sprowokować i odpowiedziałam też atakiem, no i mamy polskie piekielko. Teraz już emocje opadły i myślę, że rzecz się jakoś uspokoi. Nie chciałabym, żeby osoba z którą cały ten zatarg miałam, czuła się pokrzywdzona, ale ona chyba się tak czuje i ma ochotę tak się jeszcze trochę poczuć. No cóż, ale nie wolno mi oceniać czyichś myśli, bo mogę się mylić i może to tylko moje wrażenie.

Koleżanka mnie odwiedziła

Dziś odwiedziła mnie koleżanka ze studiów, nie tyle z roku co z akademika. Przyjechali z mężem i poszliśmy sobie do kafejki na pyszne kremówki. Pogadaliśmy też co nieco i pośmialiśmy się.
To była jedyna okazja, bo ona ma blisko tutaj, tj. do Krynicy Górskiej, a jak już pojadę do domu, to odległość wydłuża się jak porządna gumka *smile*.
Dziś też skończyłam tłumaczenie z filozofii, kolejny artykuł. Jeszcze tylko wstęp i spora rzecz będzie ukończona. Lubię takie chwile wolności, kiedy to można sobie pomyśleć nie tylko, że zrobiło się coś dużego, ale także chwilowo pocieszyć się wolnością, tzn. sytuacją, że oprócz pracy zawodowej żadnej dodatkowej akurat nie ma.
Żeby była jasność, ja bardzo lubię wszelkie moje dodatkowe prace i pieniądze za nie, *smile*, choć czasem sobie ponarzekam, że dużo, trudne, itp. itd.
Teraz mam chwilkę właśnie takiej miłej wolności, jeszcze wstęp i koniec. Niby mogłabym coś robić, ale zmęczona się czuję i to bardzo zmęczona. Najlepszy dowód, że powtarzam się i piszę w kółko o tym samym, więc przestać czas chyba.
Dobrej nocki wszystkim, co tu jeszcze zaglądają, i tym co nie zaglądają też, ale oni nie będą wiedzieć o moich życzeniach!

Następna strona »